Zdarzenia kontrolowane to cykl wspomnień o barwnych czasach PRL-u. Niektorzy pewnie pamiętają, że w latach 80-tych nie tylko rozmowy były kontrolowane, ale i podróże szczególnie te zagraniczne, literatura oraz sprzedaż różnych artykułów od cukru po papier toaletowy aż po alkohol…
W stanie wojennym prawie każdy z moich znajomych pędził bimber. Ta działalność była pewnego rodzaju formą protestu przeciwko wypowiedzianej narodowi wojnie, upokarzającym kartkom na różnego rodzaju dobra i oczywiście „ godzinie 13”. Dlatego w czasie spotkań towarzyskich, żelaznym tematem wielu rozmów był zacier, alembik, chłodnica, drożdże. Każdy moonshiner zachwalał oczywiście swój wyrób, do którego nierzadko miał stosunek emocjonalny, bowiem ambitny bimbrownik starał się, aby jego produkt był najlepszy, lepszy, niż kolegi, sąsiada, czy kuzyna. Bez względu jednak na te starania, zawsze był to tylko bimber, czasami mniej, czasami bardziej niesmaczny, ale zawsze bimber.
Nigdy nie potrafiłem robić niczego na pół-gwizdka, mając naturę perfekcjonisty, mogłem nic nie robić – co zdarzało mi się dość często – jednak jeśli już się czegoś podjąłem, musiało to być najlepsze na świecie. Nie mogąc pogodzić się z nieprzyjemnym zapachem i smakiem alkoholu domowej produkcji, którym niejednokrotnie byłem częstowany, postanowiłem coś z tym zrobić. Miałem bowiem świadomość, że jeśli w gorzelni potrafią zrobić porządny spirytus, to teoretycznie nic nie stoi przeszkodzie, abym i ja uzyskał produkt podobnej jakości. Oczywiście potrzebna była odpowiednia wiedza na ten temat.
Dziś w dobie internetu, zdobycie jej nie przedstawia żadnego problemu, ale wtedy, w latach 80-tych, było to niemałe wyzwanie. Po wielu poszukiwaniach udało mi się wyszukać potrzebną literaturę, a czego nie dowiedziałem się z mądrych książek, do tego doszedłem na drodze prób i błędów. Przez przeszło rok pracownia szkła laboratoryjnego przy ulicy Kaliskiej dostawała od mnie co pewien czas nowe zlecenie, za każdym razem była to ulepszona wersja chłodnicy, deflegmatora czy kolumny rektyfikacyjnej. Ostatecznie zbudowałem „fabrykę” prawie doskonałą, produkującą czysty spirytus pozbawiony wszelkich nieprzyjemnych zapachów i zanieczyszczeń. Ponieważ proces pędzenia był dość czasochłonny, całą fabrykę zautomatyzowałem, instalując liczne czujniki i termometry kontaktowe sterujące procesem pozyskiwania nielegalnego dobra. Dzięki takim usprawnieniom, pędzenie mogło odbywać się bez mojego stałego nadzoru, najczęściej w nocy, gdy spałem.
Mój przyjaciel Andrzej mieszkał niedaleko mnie. To powodowało, że widywaliśmy się dość często, zazwyczaj przechodząc w pobliżu wstępowaliśmy do siebie. Andrzej od paru lat starał się co pewien czas zapewnić trochę rozrywki żonie swojego zmarłego kolegi z gimnazjum i w tym celu zapraszał wdowę do Warszawy, Pani bowiem na co dzień mieszkała w małym miasteczku w połowie drogi miedzy stolicą, a Białymstokiem. Wcześniej telefonicznie ustalali, co chcieliby zobaczyć, dokąd pójść, następnie mój przyjaciel przygotowywał program jej pobytu i przez parę dni biegali razem po teatrach, wystawach, czasami była to Opera, czasem Filharmonia. Tak spełniona Pani wracała do siebie, aby po pewnym czasie, znowu pojawić się w Warszawie.
Pewnego razu Andrzej wpadł do mnie nieoczekiwanie ze swoją żądną kulturalnych rozrywek znajomą. Oboje ubrani byli w stroje wieczorowe, z czego domyśliłem się, że pewnie są w drodze do któregoś z teatrów. Tak się akurat złożyło, że w tym czasie moja fabryka pracowała na pełnych obrotach, co nie było żadnym zrządzeniem przypadku, gdyż w tamtym okresie bimbrownia pracowała nader często. Znajoma przyjaciela była pod jej wrażeniem, a kiedy dałem jej do spróbowania produktu finalnego – oczywiście odpowiednio rozcieńczonego wodą mineralną „Mazowszanka” – znając dotychczas jedynie smak chłopskiego bimbru pędzonego w ukryciu w lesie, wpadła w niekłamany zachwyt. Nie muszę chyba dodawać, że tego dnia o żadnym przedstawieniu nie było już mowy.
Minął czas jakiś i znowu wdowa odwiedziła mojego przyjaciela. I tym razem Andrzej dołożył wszelkich starań, aby Pani z wizyty była zadowolona i jak zwykle przygotował długą listę przedstawień, koncertów i wystaw z prośbą, by wybrała to, co jej najbardziej odpowiada. I wtedy ona – jak mi to później zrelacjonował -z błagalna nutką w głosie powiedziała:
– Andrzejku, chodźmy do tego alchemika!
I tak oto praktyczny geniuszem ludzkiego umysłu, pokonał kulturę.
Alchemik to Wojtek. Mieszka w Warszawie. Z zawodu informatyk, ale chciał studiować na ASP. Mieszkanie dzieli z kotem Cykorkiem. I posiada bogatą bibliotekę, która w zupełności zastępuje mu telewizor. Dla nas pisze o tym jak się żyło w czasach PRL-u…