Zdarzenia kontrolowane: 3. Pani Alina


SAMSUNGNiektórzy z nas, Ci starsi stażem życia i bogatsi o bagaż doświadczeń, zapewne pamiętają, jak w czasach, „gdy Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio”, mając odłożonych nieco pieniędzy na książeczce PKO, można było wygrać samochód produkcji któregoś z demoludów.  Bo kupić go raczej było trudno, chyba, że było się w nieprzynoszącej splendoru komitywie z „przewodnią siłą narodu”. I w tamtych to czasach, które oby już nigdy nie wróciły, przyjaciółka mojej macochy wygrała taki samochód- to była nasza rodzima Syrenka. Jakby tego szczęścia było mało, podczas następnego losowania, na tę samą książeczkę, wygrała jeszcze jedno auto – tym razem był to enerdowski Trabant. Doskonale pamiętam, jak mój ojciec, będąc pod wrażeniem tego zdarzenia, które zburzyło jego inżynierską wiarę w jedynie słuszną teorię prawdopodobieństwa i przekonanie o nieuczciwość peerelowskich loterii, składając gratulacje właścicielce szczęśliwej książeczki, poprosił ją z wyczuwalną nutką zazdrości w głosie:
– Alinko, koniecznie naucz mnie tej sztuczki!
Pani Alina, stomatolog z własnym niedużym gabinetem, dbała o stan uzębienia całej naszej rodziny. Toteż i ja nieraz korzystałem z jej usług. W rok później, jak szczęśliwy los uśmiechnął się do Pani doktor, zjawiłem się w jej gabinecie i siedząc na fotelu z ustami pełnymi ligniny, słuchałem co do mnie mówi. A pani doktor mówić lubiła. Między innymi dowiedziałem się od niej, że często odwiedza na Powązkach grób swojej matki.
– A pan często bywa na cmentarzu na grobach bliskich?  – zapytała w pewnym momencie.
– Yyyyyyygh – starałem się odpowiedzieć pomimo tamponów w ustach.
– Oooo, to niedobrze – powiedziała pani Alina, która z mojej mało zrozumiałej odpowiedzi słusznie domyśliła się, że przebywanie na cmentarzu nie jest moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu.
– Parę dni po pogrzebie mojej mamusi – ciągnęła dalej Pani doktor – poszłam na jej grób, posprzątałam zwiędłe kwiaty i tak do niej mówię:
– Ładny miałaś pogrzeb, przyszło wiele osób, aby Cię pożegnać i chyba znajomi i przyjaciele nadal będą Cię odwiedzać. Muszę teraz pomyśleć o pomniku dla Ciebie, chociaż będzie z tym pewien kłopot, gdyż o żadnym lastriko mowy być nie może, a pomnik z granitu kosztuje sporo pieniędzy, których nie mam. I zamyśliłam się chwilę . Gdy tak stałam wpatrzona w usypany przez grabarzy byle jak prowizoryczny kurhanik, usłyszałam głos mamusi, zupełnie jakby stała blisko obok mnie:
– Ty się  Alinko tym nie przejmuj, jakoś sobie poradzimy.
Niech pan sobie wyobrazi, że po powrocie do domu znalazłam w skrzynce pocztowej zawiadomienie o wygraniu Syrenki. Ta wiadomość bardzo mnie ucieszyła. Samochód postanowiłam natychmiast sprzedać, gdyż obiecałam mamusi pomnik.Poza tym nie miałam prawa jazdy i wcale nie zamierzałam go zdobywać. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, szybko znalazł się chętny na moją wygraną i za uzyskane pieniądze postawiłam mamie pomnik. Mój znajomy artysta rzeźbiarz zrobił jego piękny projekt i sam go zresztą częściowo wykonał. Byłam bardzo szczęśliwa, pomnik był naprawdę ładny i moja mamusia dostała to, na co zasłużyła, i to, co jej obiecałam. Poza tym, to dzięki niej stać mnie było na jego wykonanie – jeszcze chwila, panie Wojtku, proszę się nie kręcić , naprawdę już kończę. Wiec gdy tak stałam obok tego pomnika, gdy tak się cieszyłam, że wszystko zgrabnie wyszło, nagle usłyszałam znajomy i jakże bliski mi głos:
– Alinko, a gdzie krzyż?
No, tak, chociaż z artystycznej formy pomnika i napisów na nim jednoznacznie wynikało, że moja  mama za życia była wierną córka kościoła, to jednak w projekcie zabrakło pionowego krzyża stojącego u szczytu płyty nagrobnej.
– To co teraz zrobimy? –  zapytałam. Dostawienie krzyża zepsuje koncepcje pomnika, konieczna będzie jego częściowa przebudowa. To wiąże się znowu ze sporymi kosztami, a pieniądze ze sprzedaży Syrenki już się skończyły.
– Nie martw się Alinko – znowu usłyszałam głos mamusi – poradziłyśmy sobie wcześniej, to i teraz damy radę.
I pewnie już się pan domyśla, co było dalej. Po powrocie do domu znalazłam w skrzynce pocztowej zawiadomienie o wygranej- tym razem był to Trabant. Tak, panie Wojtku, powinien pan częściej odwiedzać swoich bliskich. No, teraz może pan już wypluć i przepłukać usta.
Kiedy bogatszy o nową plombę szykowałem się do wyjścia, przyszedł pożegnać się ze mną ukochany kocur pani doktor, z którym od dawna byłem w wielkiej przyjaźni.
– Kotek wygląda bardzo dostojnie, widzę, ze boczki mu się zaokrągliły – powiedziałem drapiąc tłustego sierściucha po ledwo wyczuwalnych pod sporym sadłem żeberkach.
– Mama bardzo lubiła mojego kota i często dopytuje się o niego.

Wojtek mieszka w Warszawie. Z zawodu informatyk, ale chciał studiować na ASP. Mieszkanie dzieli z kotem Cykorkiem. I posiada bogatą bibliotekę, która w zupełności zastępuje mu telewizor. Dla nas pisze o tym, jak się żyło w czasach PRL-u…


Leave a reply