Zdarzenia kontrolowane 2.Ulica Dybuły


ZDYREKTORdarzenia kontrolowane to cykl wspomnień o barwnych czasach PRL-u. Niektorzy pewnie pamiętają, że w latach 80-tych nie tylko rozmowy były kontrolowane, ale i podróże szczególnie te zagraniczne, literatura oraz sprzedaż różnych artykułów od cukru po papier toaletowy aż po alkohol…

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy w kraju nad Wisłą istniał silny przymus uczestniczenia w pochodzie 1-szo majowym, a 22 lipca był najważniejszym świętem państwowym, mój dobry kolega nie dostał się na studia. A nie dostał się dlatego, gdyż zabrakło mu wymaganych do przyjęcia na wybrany kierunek punktów. Obowiązujący bowiem w tych czasach system rekrutacji na wyższe uczelnie preferował młodzież robotniczo-chłopską. A mój kolega miał to nieszczęście, że pochodził z rodziny z tradycjami, co oznaczało, że w odpowiednim kwestionariuszu, w rubryce „Pochodzenie” miał obowiązek napisać – „inteligencja pracująca”. Tak więc z powodu braku tych robotniczo-chłopskich punktów mój kolega na studia się nie dostał. I zrobił to, co robiła w podobnej sytuacji młodzieży z „dobrych domów”- zatrudnił się na stanowisku robotniczym w Hucie Warszawa. W ten sposób zwiększał znacznie swoje szanse dostania się w następnym roku na wybrany przez siebie mocno oblegany kierunek. Przez rok grzecznie pracował w Hucie Warszawa na stanowisku nie wymagającym większych predyspozycji intelektualnych ani tężyzny fizycznej, co najwyżej „mocnej głowy”. Widocznie jednak niezbyt dobrze ukrywał swoje pochodzenie, gdyż któregoś dnia sekretarka Dyrektora powiadomiła go, że Szef chce go widzieć w bardzo ważnej sprawie. Mój kolega złożył gazetę, dopił kawę i poszedł do Dyrektora.
– Słuchajcie kolego – odezwał się jego zwierzchnik odkładając na bok przeglądane właśnie dokumenty – doszły mnie słuchy, że inteligentny z Was człowiek, więc ja mam dla Was ważne i odpowiedzialne zadanie. Jutro pojedziecie do Katowic i zawieziecie do Bipromaszu te oto papiery.  Musicie to zrobić osobiście, gdyż terminy pilą, a ja chcę mieć pewność, że poczta ich nigdzie po drodze nie zgubi. Tu na kopercie napisałem Wam adres, tylko jeszcze muszę się dowiedzieć o numer ulicy.
To powiedziawszy Dyrektor podniósł słuchawkę telefonu łączącego go bezpośrednio z sekretariatem i wydał polecenie:
– Pani Halinko, proszę mnie połączyć z Bipromaszem w Katowicach. Tak, tak, oczywiście najlepiej z Dyrektorem.
Główny szef mojego kolegi odłożył słuchawkę i nie zważając na jego obecność w gabinecie, znowu zajął się swoimi sprawami. Po krótkim czasie zadzwoniła sekretarka z informacją że już jest połączenie.
– Bipromasz? Halo, kłania się Huta Warszawa, wysyłam tam do Was jutro mojego człowieka z tymi dokumentami o których rozmawialiśmy, ale cholera nie pamiętam numeru ulicy, Duboisa ile?
Zwierzchnik kolegi wymówił nazwisko patrona ulicy dokładnie tak, jak napisał na kopercie.
– Aha…… tak……. tak……. tak……. rozumiem……… rozumiem. Oczywiście, jasne, dziękuje, do usłyszenia. I odłożył słuchawkę.
– Pozwólcie tu, muszę Wam coś wytłumaczyć – Dyrektor kiwnął palcem na mojego kolegę, aby ten podszedł jeszcze bliżej do jego biurka.
– Więc to jest tak – Dyrektor starał się przekazać jako rzecz dobrze mu znaną to, co przed chwilą usłyszał – ten Dubois, to był porządny człowiek, walczył, zginął, ale diabli z nim, najważniejsze, że to nazwisko inaczej się pisze, a inaczej wymawia. Napisałem na kopercie Duboisa, ale pytajcie o Dybyłę, gdyż tak to się czyta – Dybuła. Napiszę Wam to, abyście nie zapomnieli. To powiedziawszy Dyrektor poprawił nazwę ulicy na kopercie i dopisał numer.
– Czy wszystko jasne?  – zapytał wręczając mojemu koledze zaadresowaną przesyłkę.
– Tak, Panie Dyrektorze, wszystko jasne, pisze się Dubois, a czyta Dybuła. Dzięki ludziom takim, jak Pan, człowiek uczy się przez całe życie.
– Widzę, że zrozumieliście, będą z Was ludzie. Teraz już idźcie i poproście panią Halinkę, aby wypisała Wam delegację.
I mój kolega wyszedł z gabinetu, utwierdziwszy Dyrektora w przekonaniu o słusznym wyborze odpowiedniego człowieka do tak ważnego zadania, jakim było przewiezienie dokumentów do Katowic. Tylko bowiem człowiek naprawdę inteligentny mógł tak szybko pojąc różnicę między słowem pisanym, a czytanym.
Kiedy kolega pokazał mi przed wyjazdem do Katowic tę dziwacznie zaadresowaną przez jego zwierzchnika kopertę, dotarło do mnie, że to dzięki tym dodatkowym punktom wydarzyła się ta dość zabawna historia. Jednocześnie nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że dożyję czasów, gdy zostaną one zniesione, a ja opiszę to, co wtedy tak mnie rozbawiło. Ale również nie byłbym w stanie wyobrazić sobie, że kiedyś w supermarketach przy kasach pracować będą Panie legitymujące się dyplomem Wyższej uczelni, oczekujące z pokorą na zgodę swoich zwierzchników udania się w czasie pracy do toalety.

Alchemik to Wojtek. Mieszka w Warszawie. Z zawodu informatyk, ale chciał studiować na ASP. Mieszkanie dzieli z kotem Cykorkiem. I posiada bogatą bibliotekę, która w zupełności zastępuje mu telewizor. Dla nas pisze o tym jak się żyło w czasach PRL-u…


Leave a reply