Rozmowa z G.Turnałem o jego nowej płycie.

2 Festiwal Pamiêci Andrzeja Zauchy "Serca Bicie"Nowa płyta Grzegorza Turnaua „7 widoków w drodze do Krakowa” to cykl piosenek i tematów instrumentalnych, inspirowany odkrytymi w pałacu Mieroszewskich w Krakowie freskami z połowy XIX w. O inspiracji i Beatrycze w swojej muzyce opowiada Polskiej Agencji Prasowej.

PAP: Nazywa pan swój nowy album bardzo pięknie suitą podróżną. Tym razem nie chodzi o dalekie podróże, lecz zaledwie w okolice podkrakowskie; na czym zatem polega urok tych niedalekich podróży?

Grzegorz Turnau: Nie traktowałbym tego zbyt dosłownie. Malowidła ścienne, które były bezpośrednią inspiracją, nie są tu ilustracjami do przewodnika turystycznego. Są tylko pretekstem do odwiecznych, i dosyć męczących, rozważań o tym, czym jest podróż, czym jest życie, czym jest sen. Proszę mi wierzyć, w Grodzisku czy Tyńcu bywam nie częściej niż w Chicago czy Toronto.

PAP: Malarstwo zainspirowało muzyka, to prawdziwa korespondencja sztuk?

Grzegorz Turnau: Blisko 10 lat temu, podczas remontu w starym krakowskim domu przy ulicy Św. Marka zostały odkryte na ścianach dekoracje malarskie z drugiej połowy XIX wieku. Malowidła przedstawiają idylliczne widoki okolic podkrakowskich z ich ważnymi siedzibami takimi jak Tenczyn, Ojców czy Tyniec. Jest ich siedem i tworzą pewien cykl. Pomyślałem, że mógłby on zostać przetłumaczony na suitę muzyczną. I tak powstała ta płyta.

PAP: Nagrano na niej trzynaście utworów. Autorem większości tekstów jest poeta Bronisław Maj, ale jest też wiersz Horacego w przekładzie Zygmunta Kubiaka i – zwanego Horacym północy – Macieja Sarbiewskiego, a także jeden tekst pana autorstwa. Jest pan również również autorem wszystkich kompozycji, aranżacji i producentem albumu.

Grzegorz Turnau: Teksty Maja sprawiają, że błaha z pozoru historyjka malarsko-muzyczna zyskała drugie dno: jest próbą refleksji nad więzią z poprzednimi pokoleniami i niepozbawioną czarnego humoru suitą podróżną. Jak mawia Bronek Maj, „nie mam już 46 lat”, więc mogę sobie pozwolić na takie melancholie.

PAP: Pan, taki „krakowski” tym razem ku podkrakowskim okolicom kieruje swoją uwagę i serce.

Grzegorz Turnau: To nie jest płyta o Krakowie. Kraków istnieje tu jako miejsce, do którego nigdy się nie dociera, pełni trochę rolę utraconego raju, a może nierealnej, arkadyjskiej krainy, ku której można jedynie dążyć. To są widoki „w drodze” do Krakowa, a nie widoki z Krakowem w tle.

PAP: Ładny tytuł wybrał pan dla swego albumu „7 widoków w drodze do Krakowa”, choć ta siódemka jest intrygująca, siedem, a dlaczego nie dziesięć widoków?

Grzegorz Turnau: Ten tytuł jest w pewnym sensie cytatem z Leszka Aleksandra Moczulskiego, który 20 lat temu wydał tom pt. „70 widoków w drodze do Wenecji”. Leszek się zgodził, abym tę melodię słów zapożyczył. A dlaczego nie dziesięć? Aż tak daleko się nie wybieram.

PAP: W wielu utworach gościnnie śpiewa Dorota Miśkiewicz…

Grzegorz Turnau: Bardzo ważną postacią jest Dorota. Swoim śpiewem, pełni ona rolę przewodniczki. Trochę jak Beatrycze, trochę jak Leukonoe.

PAP: Pan jako muzyk często wyjeżdzający w trasy koncertowe musi być jednak pogodzony z podróżowaniem? Czy Pan lubi ten stan „bycia w podróży”.

Grzegorz Turnau: Bardzo nie lubię, nigdy zresztą nie lubiłem. Od wielu lat walczę ze swoją naturalną skłonnością do nieopuszczania stałej siedziby. Mam świadomość tej ułomności i dlatego większość życia spędziłem na zmuszaniu się do różnych – związanych z moją działalnością – przykrych zadań. Można powiedzieć, że wagabunda, wajdelota, truwer, turold (pamiętam tę wyliczankę z liceum) powinien mieć podróż we krwi. A więc – nie jestem nomadą, nie jestem bardem. Nauczyłem się tego – po prostu. Może pomógł mi w tym gen kierowcy? Od dziecka uwielbiam samochody.

PAP: Do jakich miejsc pan podróżował ze swoją muzyką?

Grzegorz Turnau: To już kilkadziesiąt lat, więc sporo było tych miejsc. Co ciekawe – nigdy nie byłem w Skandynawii. Zacząłem – dzięki Piwnicy pod Baranami – od zwiedzania Europy, jeszcze w latach 80. Potem klasyczne trasy – Stany, Kanada. No i wiele europejskich miast. Ale – proszę mi wierzyć – nie mam aspiracji do uczestniczenia w życiu kulturalnym wszystkich kontynentów. Moje piosenki są mocno osadzone w języku polskim, nie sądzę, by mogły się sprawdzić w przekładzie na angielski czy japoński. Była u mnie niedawno telewizja chińska. Jeździli za mną przez trzy dni. Rozmawialiśmy, filmowali mnie na rowerze, w samochodzie, nad Wisłą, w Poznaniu. I potem słuch po nich zaginął. Przyjąłem to z ulgą.

PAP: Płyta „7 widoków w drodze do Krakowa” ma podwójną dedykację: pamięci Janiny Garyckiej i Piotra Skrzyneckiego oraz Luli i Mariuszowi Pędziałkom. Czy może pan powiedzieć więcej o postaciach ku którym pan kieruje te dedykacje?

Grzegorz Turnau: Dedykacja dla Pędziałków jest oczywista – to oni odkryli malowidła, a on jest wybitnym oboistą, grającym w moim zespole. A jeśli chodzi o Janinę i Piotra… Do cyklu „7 widoków…” włączyłem utwór, który kiedyś był śpiewany przez zespół Piwnicy w spektaklu „Silviludia albo niedole Wazów”. Była to tzw. śpiewogra, oparta na starych kronikach i rozmaitych historycznych źródłach, opracowana przez Janinę Garycką – szarą eminencję Piwnicy i najbliższą przyjaciółkę Piotra. Ten hymn – „Wieśniacze życie” – nigdy nie został przyzwoicie nagrany. Pomyślałem, że „7 widoków…” to dobre miejsce na jego utrwalenie, zwłaszcza że mówi o zaletach sielskich okolic i o „cierniach” samego Krakowa. Wszystko to ma znaczenie symboliczne – dla mnie to utwór o dzieciństwie („wieśniacze życie”) i świecie dorosłym („królów purpura”). Pomyślałem, że uśmiechnę się tą piosenką – po latach – do dobrych duchów mojej młodości – Janiny i Piotra.

Rozmawiała Anna Bernat, Polska Agencja Prasowa

Grzegorz Turnau (1967) – pianista, wokalista, kompozytor i aranżer pisze i wykonuje piosenki od ponad trzydziestu, a nagrywa je od ponad dwudziestu lat. Ukazało się piętnaście solowych albumów z jego muzyką pisaną do wierszy różnych autorów, a także do jego własnych tekstów.

Jest także autorem muzyki do kilkudziesięciu spektakli teatralnych, programów telewizyjnych i filmów. Otrzymał dziewięć „Fryderyków” – nagród polskiej fonografii. Artysta prowadzi bardzo intensywną działalność koncertową, występując solowo, w duetach, składach kameralnych i z własnym zespołem.

W nagraniu płyty „7 widoków w drodze do Krakowa”, której premiera jest 28 listopada, wokaliście i pianiście towarzyszyli: Mariusz Pędziałek – odkrywca fresków – na oboju, Robert Kubiszyn na akustycznej gitarze basowej, Cezary Konrad na perkusji, Robert Majewski na trąbce, a także Śląska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zaplanowana jest też trasa koncertowa.
foto PAP / Maciej Rozwadowski

Mikołajkowa lektura: bajki Italo Calvino

41VJWZC1S9L._SY344_BO1,204,203,200_Tytuł książki, którą dzisiaj pragniemy polecić naszym czytelnikom brzmi „Fiabe italiane”. Zebraniem baśni i ludowych opowieści z całych Włoch zajął się Italo Calvino, jeden z największych prozaików, którzy urodzili się w ostatnim wieku po południowej stronie Alp. Pierwszej takiej operacji dokonali sto lat wcześniej w Niemczech bracia Grimm, dzięki którym na całym świecie znane są baśnie o Czerwonym Kapturku, czy Kocie w butach. Niedługo po zakończeniu drugiej wojny światowej Calvino osobiście zwiedził przeróżne zakątki Półwyspu Apenińskiego – jego trud ochronił przed zapomnieniem część ludowego dziedzictwa Włoch – a następnie przełożył bajki i podania z poszczególnych gwar na język włoski. W 1956 roku zbieracz folkloru napisał we wstępie do pierwszego wydania „Fiabe italiane”, że kierowało nim wezwanie krwi, jakiś pierwotny instynkt ocalenia czegoś, co stanowi głębię własnego jestestwa. Calvino wspomina również o mozole badań i trudnościach w przekładaniu na narodowy język pisany gwarowej tradycji ustnej.
W zbiorku są bajki komiczne, opowieści o istotach z zaświatów, podania o stworzeniach fantastycznych… Mądrość ludowa, której trudno szukać gdzie indziej spisana jest wspaniałym piórem Calvino, które doskonale się sprawdza w tych tylko na pozór prostych opowieściach. „Fiabe italiane” do dzisiaj sprawiają wiele radości wszystkim czytelnikom, od najmłodszych po dorosłych i nawet tych starszych.
Naszym mikołajkowym upominkiem dla czytelników portalu Radia Klik jest przekład tekstu pochodzącej z Rzymu (nr 105 w zbiorku Calvino) bajki o Janku Petruszce:

Byli sobie kiedyś mąż i żona. Mieli oni córkę, a gdy przyszedł czas znaleźli jej męża. Na ślub jedynaczki zaprosili wszystkich krewnych, po ceremonii wyprawili zaś weselną ucztę. Podczas posiłku, gdy wszyscy doskonale się bawili, zabrakło nagle wina. Ojciec zwrócił się wtedy do panny młodej:
– Córko, idź do piwnicy i przynieś jeszcze wina.
Dziewczyna zeszła do piwnicy, ustawiła butelkę pod beczką pełną wina, odkręciła kran beczki tak, by trunek sam przelewał się do butelki. W oczekiwaniu, aż butelka wypełni się winem, zaczęła marzyć: „Dzisiaj zakładam rodzinę, za dziewięć miesięcy urodzi mi się syn, nazwę go Janko Petruszka. Będę go ubierać, zrobię mu buciki, będzie rósł… A co jeśli Janko Petruszka potem umrze? Och, biedny mój syneczek!”. Panna młoda zaniosła się rzewnym, niekończącym się płaczem.
Kran w beczce był odkręcony, a wino zaczęło się rozlewać na podłogę piwnicy.
Goście weselni oczekiwali na powrót panny młodej, czekali długo, a panna młoda nie wracała.
Pan domu powiedział w końcu do żony:
– Idź do piwnicy i sprawdź, czy naszej córki sen nie zmorzył przypadkiem!
Matka zeszła do piwnicy i zobaczyła, że od rzewnego płaczu córka była zupełnie wyczerpana.
– Cóż ty robisz? Co się stało, dziecko?
– Och, mamo, myślałam o tym, że dzisiaj wyszłam za mąż, za dziewięć miesięcy urodzi mi się syn, którego nazwę Janko Petruszka. A co jeśli potem Janko Petruszka umrze?
– Och, mój biedny wnuczek!
– Och, mój biedy synek!
I obydwie kobiety zaczęły straszliwie zawodzić.
Piwnica w międzyczasie wypełniała się winem, a przy weselnym stole goście czekali na kolejne toasty. Czekali długo, a wina nikt nie przynosił.
Ojciec panny młodej powiedział do wszystkich:
– Coś się pewnie stało im obydwu, muszę zejść do piwnicy i sprawdzić co się tam dzieje.
Zszedłszy mężczyzna odnalazł dwie kobiety, które zanosiły się niemowlęcym płaczem. Zapytał:
– Co tu się na miłość boską dzieje?
– Och, mężu, gdybyś wiedział! Marzyłyśmy właśnie, że ta nasza jedynaczka, która dzisiaj wyszła za mąż prędko będzie miała syna, a dziecko nazwiemy Janko Petruszka. A co jeśli Janko Petruszka potem umrze?
– Och! – wykrzyknął ojciec – Biedy nasz mały Janko Petruszka!
I cała trójka zalała się rzęsistymmi łzami w pełnej wina piwnicy.
Pan młody zniecierpliwił się w końcu, że nikt nie wraca z piwnicy i zwrócił się do gości:
– Cóż oni wszyscy mogą robić w piwnicy? Niech zejdę i ja, sprawdzę co się tam dzieje.
Zszedłszy usłyszał zawodzący chór i zapytał:
– Co z wami wszystkimi, do diabła? Dlaczego tak płaczecie?
Panna młoda odpowiedziała:
– Och, mężu, pomyśleliśmy że teraz, gdy się pobraliśmy, będziemy mieć syna, którego nazwiemy Janko Petruszka. A jeśli potem Janko Petruszka nam umrze?
Pan młody najpierw pomyślał, że żarty sobie z niego stroją, ale gdy przekonał się że całe to zawodzenie było na poważnie, stracił cierpliwość i zaczął krzyczeć:
– No ja widziałem, żeście wszyscy głupawi, ale nie śmiałem przypuszczać, że aż tak bardzo. Tego się nie spodziewałem!
I dodał:
– I ja mam tu całe życie spędzić z tymi mamelukami!
I jeszcze:
– O, nawet mi się nie śni! Odchodzę w szeroki świat! A ty, moja droga, daj sobie spokój, bo już mnie nigdy nie zobaczysz. No, chyba że na moje drodze znajdę trzech głupców większych, niż wy wszyscy razem wzięci!
Pan młody odszedł nie oglądając się na nikogo.
Szedł, szedł i doszedł do rzeki. Na brzegu spotkał człowieka, który próbował przeładować orzechy z łódki za pomocą wideł:
– Dobry człowieku, cóż wy robicie?
– Długo już się męczę, a nie jestem w stanie przesypać jednego orzeszka z łódki na ziemię.
– Ba! Może byście spróbowali użyć łopaty?
– Łopaty? Nie przyszło mi to do głowy.
„No i znalazłem pierwszego! – powiedział sobie pan młody – ten tutaj to większy cep, niż cała rodzina mojej żony”.
Idąc dalej pan młody dotarł do kolejnej rzeki, a niedaleko chłop próbował napoić dwa woły za pomocą łyżeczki.
– Cóż wy robicie, dobry człowieku?
– Już trzy godziny staram się napoić te stworzenia i żadnym sposobem nie daję rady!
– A dlaczego nie dacie im zanurzyć pyska w wodzie?
– Pysk do wody? Może i dobrze prawicie, nie przyszło mi do głowy.
„Ot i drugi osioł”, powiedział pan młody i poszedł dalej.
Szedł długo, aż wreszcie na morwie, która rosła przy drodze zobaczył kobietę, która wyciągała ręce ku niebu.
– Cóż tam w górze robicie, dobra kobieto?
– Człowieku, gdybyście tylko wiedzieli – odpowiedziała – ksiądz mi powiedział, że mąż mój poszedł do nieba. I ja czekam na niego, aż wróci do siebie.
„Ot, ciemnota. Do trzech razy sztuka!” – pomyślał mąż – „Wygląda na to, że w szerokim świecie pełno ludzi głupszych od całej rodziny mojej żony. Czas mi wracać pod małżeński dach!”
Pan młody co pomyślał, to zrobił. I spędził życie w zadowoleniu, bo powiadają, że zawsze może być gorzej.

Radio Klik poleca

„Fiabe italiane”, Italo Calvino, Mondadori, Mediolan 2003 (i inne wydania).

Bona Sforza, królowa Polski, księżna Bari.

bonaProszę się przedstawić, powiedzieć nam kilka słów o sobie. Czym się Pani zajmuje?

Jestem Polką od dwunastu lat zamieszkałą we Włoszech, z zawodu nauczycielką, a we Wloszech do niedawna pracowałam w liniach autokarowych. Zajmuję się tłumaczeniami, oprócz tego działam czynnie w wielu stowarzyszeniach. Moim ukochanym dzieckiem jest stowarzyszenie „Amici Italia -Polonia” ,mające na celu umacnianie więzi przyjaźni, wymiany kulturalnej i ekonomicznej pomiędzy oboma narodami.

W najbliższym czasie ukaże sie także mój dwujęzyczny tomik poezji” Ascoltando Azzurro -Wsłuchana w błękit” wydany w obu językach, po polsku i po włosku.

Stowarzyszenie Amici Italia Polonia, którego jestem założycielką i przewodnicząca w najbliższym czasie organizuje prezentację książki po polsku w moim tłumaczeniu „Bona Sforza, królowa Polski, księżna Bari.”

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Laterza w 2008 roku, jest to pierwszy tom,  wydanie drugiego powinno nastąpić niedługo.

Proszę opowiedzieć coś więcej na temat książki…

Pisarka opowiada w nim o okresie życia Bony mniej znanego Polakom, to jest o czasie jej dzieciństwa i pierwszej młodości we Włoszech.

Tłem do tej opowieści są obrazy z życia jej matki, Izabelli Aragońskiej, która miała decydujący wpływ na ukształtowanie się osobowości córki. Autorka przybliża nam także epokę i atmosferę dworów, na których wychowywała się przyszła królowa. Nie brakuje fascynujących postaci dominujących i kształtujących politykę i kulturę w owych czasach, jak na przykład papieża Aleksandra VI Borgii czy jego córki Lukrecji, Ludwika  Sforzy, artystów i naukowców owych czasów.

Postać Bony nie jest ubrązowiona, autorka oddaje obraz dziewczyny z epoki, ale ze wszystkimi uczuciami i myślami, jakie mają młode dziewczyny także i w naszych czasach, co czyni ją bardziej zrozumiałą współczesnemu czytelnikowi.

Wraz z autorką książki, Angelą Campanella przygotowujemy program turystyczny” Drogi Bony”a wraz ze stowarzyszeniem „PugliaAccesibile” pragniemy przybliżyć ten temat osobom niepełnosprawnym.

W planach mamy także przegląd filmów polskich, organizowany na terenie Taranto i Bari, wystawę prac Igora Morskiego, wieczór poezji Wisławy Szymborskiej, bilateralny konkurs fotograficzny …i wiele innych.

Pragniemy otworzyć w najbliższym czasie punkt informacji ekonomiczno/ handlowej w celu łatwiejszego porozumiewania się partnerów z obu stron.

Grób Bony można odwiedzić, prawda?

Grób Bony znajduje sie w Bari w kościele świętego Mikołaja. Został zrealizowany na zlecenie jej córki, Anny Jagiellonki. . Zasadniczny projekt pochodzi od Polaka Tomasza Tretera, pracującego w Rzymie, podczas gdy rzeźby wykonano w 1593 roku przez Andrea Sarti z Carrary, jednego z najbardziej poszukiwanych twórców szkoły neapolitańskiej, oraz przez Francesco Zagarella i Francesco Bernucci.

W swoim mauzoleum Bona przedstawiona jest jako osoba w starszym wieku, modląca się na kolanach. W niszach po obu bokach znajdują się posągi dwu biskupów. Są to święty Mikołaj, patron Bari i święty Stanisław, patron Polski. Figura kobieca po lewej podtrzymuje herb Polski, figura po lewej herb Bari. Łaciński napis na czarnym marmurze głosi: ”Bogu  Najwyższemu Wszechmogącemu. Pamięci Bony, królowej Polski , najukochańszej małżonki króla Polski, Litwy, Rusi, Prus, Mazowsza, Żmudzi, księżnej Bari, Rossano, która była córką Gian Galeazzo Sforza, księcia Mediolanu i Izabelli Aragońskiej, demonstrującą swej wysokiej jakości uzdolnienia przynoszące chwałę rodowi króla Alfonsa II, władcy Neapolu i godności swego majestatu, ten monument wznosi swej ukochanej matce Anna Jagiellonka, żona Stefana I, po pochowaniu króla swego ojca, swego brata i męża i trzech swych sióstr, pozostawiając także środki na  wieczyste msze żałobne, w roku pańskim 1593”.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

bona spotkanieZ Joanną Kalinowską rozmawiała Edyta Gawryś.

Zapraszamy na prezentację książki pt. „Bona Sforza, królowa Polski, księżna Bari” 17.11 o godz. 16.30 w Mediateca Regionale Pugliese via Zanardelli 30- Bari.